Od jakiegoś czasu pozwalam sobie na oddawanie się przyjemności marzenia. Niby nie byłoby w tym nic złego, pomijając fakt, do czego owe „marzenia” się sprowadzają. Czuję się z tym z jednej strony bardzo źle, bo w sumie sprowadza mnie to do swego rodzaju prymitywizmu, kierowania się dość przyziemnymi emocjami pokroju zazdrości, czy nienawiści. Z drugiej jednak strony...
Mimo iż fikcyjna i miejscami komiczna, ciekawi mnie postać pana Hannibala Lectera. Gość jakby nie patrzeć miał całkiem niezłą i dość oryginalną koncepcje na życie. Którą, swoją drogą, sprowadził do miana sztuki. I coraz częściej łapię się na tym, że zazdroszczę mu geniuszu.
Bodaj od najmłodszych lat chciałam zostać lekarzem (nie
licząc małego epizodu o astrofizyku, ale szybko uświadomiłam się, że w NASA
raczej nie zawitam ;P). Zawód ten, w taki czy inny sposób, przewijał się przez
moje życie, począwszy od wieku dziecięcego, gdzieś przez gimnazjum, aż po dziś
dzień, zahaczając po drodze o postać zacnego pana Josefa. Równocześnie gdzieś
zaczęła rozwijać się u mnie pasja, może nie tyle samych komputerów, co do
ogólnego pojęcia sprzętu.
Jednak zadając sobie pytanie, czy tak naprawdę chciałabym
leczyć ludzi, leczyć – coś innego niż brać na stół, wymienić ten czy inny
narząd na nowy i zaszyć, sama teoria mojego „bycia” lekarzem stawała się wielce
wątpliwa.
Jadąc w niedzielę pociągiem, czytając pewną zacną książkę
nagle uświadomiłam sobie własny błąd, który teraz tak banalny wskazał mi nowy
sens pracy jako takiej (co po pijaku musiałam oczywiście paru osobom w niezbyt
klarowny sposób przedstawić _^_). Czegoś, czemu mogłabym się poświęcić i jednocześnie
czerpać z tego swego rodzaju satysfakcję. A w związku z zaistniałym problemem
uczelnianym – coś możliwe do zrealizowania.
Mam zamiar zacząć studiować kierunek o wdzięcznej nazwie –
biotechnologię. ;P
A wracając jeszcze do „seansu nienawiści”. Zastanawiam się, jak długo jeszcze będę budzić się z przeświadczeniem, że muszę jakoś pozbyć się pewnego pana, którego jak dotąd nie poznawszy osobiście, z lubością zatłukłabym gołymi pięściami, patrząc jak w końcu pada. Zeszło to już na poziom snów. No cóż, nie mam nawet takowej sposobności, choć nie wiem jak zachowałabym się, gdyby takowa się trafiła. Jednak – jak powiadają – cierpliwość jest... Czymśtam, podobno warto ją mieć.
Poczekam zatem cierpliwie na dalszy bieg wydarzeń.
~
skomentuj (0)
Ostatnio zadziwia mnie i niepokoi jednocześnie poziom
zirytowania. Nie tylko mojego, raczej zirytowania ogólnego, ludzi chodzących
jakby mieli za chwilę eksplodować. Zachowując względny spokój łatwo zauważyć
dziwaczne zachowania, choćby w sklepie, na uczelni, na ulicy, wszędzie. I w
końcu przychodzi myśl, choć raczej powinnam nazwać ją pytaniem. Dlaczego?
Stoisz tak i patrzysz, zaczynasz zdawać sobie sprawę z
istnienia zwiększającej się miedzy Tobą, a ludźmi bariery, czyniącej Cię kimś
innym, lepszym być może, posiadającym wiedzę wykraczająca poza standardowe
„mieć”.
Jesteś.
Exp. Anubisy. Po raz kolejny biegając swoją marną postacią
zastanawiam się nad możliwymi alternatywami. I, cholera, nie widzę ich.
Pogrążam się w tych 3,5 latach gry, na nowo próbując zrozumieć jakim sposobem ograniczyłam
się do zaledwie kilku lokacji. Wspominam czasy, gdy chodziło się dosłownie wszędzie,
często pieszo coby zwiedzić jakąś cześć krainy, w której przecież spędzam całe
dnie (skutecznie psując sobie wzrok). Wspominam gildie, ludzi. W końcu wracam, spoglądam
na postać leżącą kilka kratek od mojej, myśląc i pisząc jednocześnie.
„No tak.”
Wchodząc na jakikolwiek czat, nie ważne, czy tematyczny, „towarzyski” czy inny, zazwyczaj można spotkać takich samych ludzi. Niezależnie od wieku, płci, zainteresowań i cholera wie czego jeszcze, nawiązanie w miarę przyzwoitej dyskusji stało się chyba niemożliwe. Już nawet nie czepiam się stylu wypowiedzi, bo zbyt wiele od ludzi wymagać nie mogę. Jednak gdy widzę dosłownie wszędzie spam emotami, ambitne teksty typu „co mi powiesh?!”, załamuję ręce nie dlatego, że to oni są tacy, tylko dlatego, że znów okazałam się na tyle głupia by sądzić, że mogłoby być inaczej.
Dziś znów nie poszłam na uczelnię. Śmieszne w sumie, tak
sobie siedzieć i pisać o idiotyzmach, oprawiając je – w moim mniemaniu – zdania
w miarę logiczne, jakby były czymś szczególnym. Ale prawda jest taka, że niczym
nie różnię się od ludzi, którymi gardzę.
"Potęga" słowa jest złudna i ulotna.
EDIT: FoTeChKy FaLKqQQuAna SoM SuPcIORnE ^*~^&*^~&*^*^*&~!!!1
W sumie nie mam pojecia, co tu robie, a tym bardziej po jaka cholere zakladam tego bloga. Najwidoczniej godzina.. Ktora to? A, tak, juz prawie 1:00, jest wprost idealna do robienia tego typu rzeczy, czego z pewnoscia rano bede zalowac. No coz, moze przynajmniej nikt nie zajmie mi nazwy. ;P
Ale jesli juz zakladam to niech bedzie, wszelakie bzdury wpadac beda tutaj i moze zacny Falquan odetchnie wreszcie z ulga (w co watpie). Cholera wie tez ile taki twor sie utrzyma, chociaz poprzedni blog istnial dobrych pare lat.
No coz, pomarudzic nie zaszkodzi. Tymczasem - jak na pierwsza notke - wartoby sobie darowac i przygotowac cos bardziej konstruktywnego.
~